Dzisiaj jest niedziela, 14.08.22, imieniny: Alfreda, Atanazji

Coś dla duszy

AVATAR - przybyłam, zobaczyłam, oniemiałam

Autor: Ewa Inn, data dodania: 19-02-2010 AVATAR - przybyłam, zobaczyłam, oniemiałam

Jeszcze wczoraj sądziłam, że światowe kino niczym mnie już nie zaskoczy. Dziś, po wyjściu z sali kinowej, miałam ochotę krzyczeć w zachwycie: "chapeau bas!". Od tej pory będę dzielić filmy na: kiepskie, dobre, świetne i... Avatar.


Gdy w telewizji pojawił się zwiastun filmu, nie przyglądając się mu zbytnio, pomyślałam: „E tam, kolejne bzdury nafaszerowane efektami specjalnymi. Chłopcy biegają z wypasioną bronią po dżungli, goniąc jakiegoś stwora. A może uciekając przed nim? Ot, następny predator, tym razem skrzyżowany ze Smurfem.”. 

Jednak ciekawość zwyciężyła i niedawno postanowiłam osobiście sprawdzić, z czego wynika wciąż rosnąca popularność filmu, który został uznany za najbardziej dochodowy w historii kina. Mimo, że „Avatar” wyświetlany jest już wiele tygodni, to o wolne miejsca w kinie wciąż trudno. Nie wybrzydzałam więc zbytnio rezerwując bilet, w przeciwnym razie musiałabym czekać na dobre miejsce chyba do Wielkanocy. I w końcu doczekałam się - zasiadłam w trzecim rzędzie sali, zaopatrzona w kubeł przesolonego popcornu i okulary 3D.

 

 

I zaczęło się! 

Film od samego początku zachwycił mnie. Trójwymiarowy obraz robił piorunujące wrażenie. Brakowało mi czasu na to, by przyjrzeć się wszystkiemu, co dzieje się na ekranie. Porywająca akcja, niesamowite postacie, zachwycające krajobrazy, dziesiątki detali dopracowanych do perfekcji, a na dodatek tekst, który też należało przecież czytać. Och, jak bardzo brakowało mi pilota, dzięki któremu mogłabym dowoli oglądać daną scenę, sycąc się jej doskonałością! 

Chciałam tam być 

Czegoś takiego, jak długo żyję, jeszcze nie doświadczyłam. Śledząc losy głównego bohatera, zaczęłam utożsamiać się z całym tym dziwnym światem, który i jego zadziwiał. Wraz z nim poznawałam dziką planetę Pandorę, uczyłam się jak na niej przetrwać, zachwycałam się jej pięknem i wyjątkowością, aż w końcu poznałam niesamowitych humanoidalnych mieszkańców Pandory - Na'avi. Nie mogłam się na nich napatrzeć! Bardzo szybko przestałam zastanawiać się, ile w tych postaciach jest z aktorów a ile czarów komputerowych. Widziałam w nich już tylko żywe, prawdziwe istoty, czujące, myślące, wrażliwe, mądre... fascynujące! I tak jak bohater filmu, Jake, pokochałam to plemię i Pandorę z wszystkimi jej tajemnicami i cudami, raz uroniwszy nawet łzę wzruszenia pod trójwymiarowymi okularami. 

Może ten film zrobił na mnie takie wrażenie, bo i ja chciałabym znaleźć się w świecie, gdzie wszystko ma swój ład, podporządkowane jest naturze, kierowane jest odwiecznymi, niezłomnymi zasadami? Może zmęczona pędem i bezdusznością wymuszanymi na nas przez współczesną cywilizację, chciałabym przenieść się na zieloną Pandorę i żyć wśród wymagających a jednocześnie dobrodusznych Na’avi? 

I nadszedł zły człowiek 

My, ludzie - istoty cywilizowane, odziani, syci, zaprzyjaźnieni z technologią, obwieszeni gadżetami, kochający szelest banknotów i władzę. Właśnie – władza i pieniądze, to często staje się motorem nikczemnych działań człowieka. Człowieka chciwego, bezwzględnego, zaborczego, który jest w stanie zniszczyć wszystko, co przeszkadza w zdobyciu celu. Za wszelką cenę, po trupach. Kolonizacja, okupacja, wojna, zagłada – cel uświęca środki. Byle zagarnąć wszystko i rządzić wszystkim, nawet jeśli to nie jego. 

Taki też jest człowiek w „Avatarze” – chce położyć swoje pazerne łapsko na Pandorze i jej bogactwach, nie przebierając w środkach. W swoim zaślepieniu nie zauważa tego, co w Pandorze piękne, wartościowe, wyjątkowe. Nie dba o istoty, które tam żyją. Nie zna ich, a to co obce i inne od niego, wzbudza w nim lęk i pogardę. I gdy obserwuje się cywilizowanego człowieka walczącego z pozornie dzikim Na’avi, nie sposób uciec od wniosku, że nasz gatunek, zachłysnąwszy się władzą, upodlił się i zdegenerował do szpiku kości. 

Avataromania 

Muszę zweryfikować swoje pierwotne stanowisko co do tego filmu – owszem, jest naszpikowany efektami specjalnymi i tu się nie myliłam. Jednak zdecydowanie nie jest taki jak wszystkie inne kinowe przeboje z gatunku s-f. Stałam się gorącą fanką „Avatara” i nie dbam o opinię innych, łącznie z krytykami filmowymi, którzy rozbierając film na części pierwsze, dogłębnie analizują wszystkie jego aspekty. Krytyka krytyką, a w kinach jak były tłumy, tak są nadal. I chyba widzowie nie są zawiedzeni, skoro są wśród nich i tacy, którzy obejrzeli ten film już kilka razy. Wstyd się przyznać czy nie, ale ja do nich też należę –zamierzam ponownie wybrać się na ten film, żeby odkrywać go na nowo. I wcale nie jestem pewna czy to będzie mój ostatni raz...


separ