Dzisiaj jest poniedziałek, 03.10.22, imieniny: Ewalda, Heliodora

Coś dla duszy

30. urodziny Perfectu - ja tam też byłam, chociaż z jubilatami nie piłam

Autor: Ewa Inn, data dodania: 17-03-2010 30. urodziny Perfectu - ja tam też byłam, chociaż z jubilatami nie piłam

Bilety kupiłam na długo przed terminem koncertu. Czekałam na niego jak małe dziecko na Boże Narodzenie. I w końcu nadszedł ten dzień!


Organizatorzy zadbali o „atrakcje” 

Przed Spodkiem zjawiłam się pół godziny przez rozpoczęciem imprezy. Ależ było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam ogromne kolejki do wejść! Ludziska grzecznie ustawiali się w powykręcanych ogonkach na placu przed Spodkiem, więc i ja stanęłam na końcu jednego z nich. Rozejrzałam się wokół – średnia wieku kolejkowiczów: 40. No tak, toż to właśnie to pokolenie, które wychowało się na kolejkach – kolejki po telewizory, które lubiły płonąć w mieszkaniach, po kubańskie pomarańcze średnio smaczne, po karpie na świąteczne stoły, po kawę ziarnistą, po masło solone, po wyroby czekoladopodobne, po szary papier toaletowy, po… wszystko. Teraz staliśmy w kolejce po strawę duchową. Pod nogami ohydny mokry śnieg, z nieba ohydny mokry śnieg, a my zmarznięci, przestępując z nóżki na nóżkę, przesuwaliśmy się do przodu w żółwim tempie. Minęło pół godziny (pozdrowienia dla organizatorów), gdy w końcu mój bilet przytargał przystojny ochroniarz. Spojrzałam na kolejkę za mną – była równie długa co pół godziny wcześniej, a lada moment miał zacząć się koncert. 

Potem jeszcze tylko szybkie przeszukanie mojego plecaczka przez kobietę w kamizelce „Ochrona”. Wyjątkowo niesympatyczna pani pod wprawionymi w rewidowaniu palcami szybko wyczuła kształt butelki: 

- Proszę to wyciągnąć i wyrzucić – warknęła.

- Ale to tylko woda mineralna – odpowiedziałam grzecznie, zgodnie z prawdą.

- Czy ja mam pani powtórzyć to raz jeszcze? - syknęła aż mnie zmroziło. 

Gdyby jej spojrzenie mogło zabić, to dziś dwa metry nad moim ciałem byłby już usypany zgrabny kopczyk z cmentarnej ziemi. O nie, nie chciałam, żeby mi powtórzyła!  Miałam jakieś niejasne przeczucie, że za chwilę moja twarz zostanie przyklejona do zabłoconej posadzki z lastriko a moje nadgarstki zostaną przyozdobione kajdankami. Grzecznie wyciągnęłam tę aferogenna butelkę i postawiłam przy koszu, który był już otoczony dziesiątkami podobnych napoi. 

Tak więc zadbano o to, by fani Perfectu pozostali na 2,5 godziny o „suchym pysku” (pozdrowienia dla organizatorów po raz drugi), bo o ile skutecznie pozbawiono ich przy wejściu, zapewne z ważnych przyczyn, wszystkiego czym można zwilżyć gardła, o tyle nie przyłożono się zbytnio do zapewnienia im możliwości swobodnego zakupu napoi na terenie Spodka. Chyba że ktoś miał ochotę ponownie ustawić się w kolejce i odstać w niej pół godziny, zanim kupi upragnioną Colę. 

Poszukałam mojego miejsca, zasiadłam wygodnie w sektorze oznaczonym jakąś tam literą i jakimś tam kolorem. Wszystkie miejsca siedzące były już zajęte, a na płycie przy scenie gromadził się spory tłum. Spojrzałam na otaczających mnie ludzi, znów zastanawiając się nad średnią wieku. Zdecydowanie nie należałam do najstarszej części widowni. 

Rozejrzałam się również po Spodku. Ostatnio byłam tu przed osławionym remontem, który miał ponoć diametralnie zmienić jego wygląd. Jednak nie zauważyłam żadnych zmian a już na pewno niczego, co powaliłoby mnie na kolana. 

I zaczęło się! 

Chwilę po 19. wyszli Ci Na Których Czekaliśmy. Tłum był zachwycony. Odśpiewaliśmy radośnie „Sto lat”. W końcu to urodziny i to nie byle jakie i nie byle czyje! Potem zaśpiewał i zagrał Perfect. Część akustyczna. Gitary i cudowny, drapieżny głos Grzesia Markowskiego, niezmordowanie targającego za sobą fantazyjnie pokręcony mikrofonowy stojak. 

A ja? Siedziałam grzecznie na swoim krzesełku. W sektorze oznaczonym jakąś tam literą i jakimś tam kolorem życie tętniło niczym… na oddziale geriatrycznym. Tylko moja noga samowolnie podskakiwała, a palce wystukiwały rytm na kolanie. 

Grześ doszedł do refrenu „Ale w koło jest wesoło, człowiek w pracy, małpa w zoo…” i nie wytrzymałam! Porzuciłam moje bezpieczne i nudne miejsce w wyżej rzeczonym sektorze i zeszłam na płytę, gdzie średnia wieku była znacznie niższa, a ludzie mieli w sobie o wiele więcej życia. Doszłam do tłumu, zastanawiając się, jak mam wbić się w tę zwarta masę ludzkich ciał. Obok mnie pojawił się młodzian o głowę wyższy i dwa ramiona szerszy ode mnie i zaczął przeć do przodu przez tłum, nieświadomie torując mi drogę. Nie zastanawiając się długo, podpięłam się pod niego, jak poseł Kurski pod policyjny konwój i chwilę później byłam w całkiem przyzwoitej odległości od sceny. Miałam wokalistę zespołu na wyciągnięcie ręki. No, może kilku rąk. O ileż większe są wtedy doznania. Żałowałam, że tak długo siedziałam tam daleko, u góry, oglądając zespół na telebimie zawieszonym nad sceną. 

Śpiewający tłum falował, a nad nim, niczym grzyby po deszczu, wyrastały aparaty i telefony komórkowe, rejestrujące pamiątkowe filmiki. Bezwolnie falowałam i ja, i było to całkiem przyjemne pod warunkiem, że ci z prawej i ci z lewej obierali ten sam kierunek „gibania”. 

Na scenie stało spore wiadro a w nim 30 okazałych róż, które Grzegorz Markowski postanowił rozdać ludziom stłoczonym przy scenie. Więc rzucał kwieciem w rozradowany tłum. Nie widziałam co się tam działo, bo róże poleciały w druga stronę. Ale pewnie bez walki o zdobycz się nie obyło – takie trofeum można zasuszyć i pokazywać kiedyś wnukom jako podarunek od samego Grzegorza Markowskiego, albo opylić za niezłą kwotę na Allegro. W rękach solisty szybko zostało jedynie puste wiadro. Wtedy otyły, zlany potem człowiek stojący nieopodal mnie, wykrzyczał całkiem poważnie, jakby od tego zależało jego życie: 

- Grzegorz, wiadro! Rzuć tu wiadrem! Grzeeegoooorz! 

O nie, tylko nie wiadrem! Całe szczęście, że do tego nie doszło i nie musiałam chronić głowy przez ewentualnym zderzeniem z tym, jakże pożądanym naczyniem. 

Po części akustyczne i rockowej (w tym genialnej solówce perkusisty), rozsunęła się kotara i ujrzeliśmy 40-osobową orkiestrę symfoniczną. Od sceny oddzielało ją przezroczyste ogrodzenie a’la parawan, a mnie nasunęło się skojarzenie ze zwierzętami w zoo. Nie wiem czemu te barierki miały służyć – czyżby organizatorzy bali się deszczu pomidorów i jajek spadającego z widowni, która lubując się w muzyce rockowej nie zaakceptuje wykonania symfonicznego? Zaakceptowała! 

Orkiestra symfoniczna była świetnym pomysłem, „Autobiografia” i inne utwory w wykonaniu smyczków, co wrażliwszych mogły ściąć z nóg i wycisnąć zły wzruszenia. Szkoda tylko, że muzycy we frakach mieli zbyt małą siłę przebicia, zagłuszani przez nagłośnienie Perfektu godne Spodka. 

Atrakcji i wspaniałych momentów było mnóstwo i nie sposób ich tutaj wymienić. A na koniec zwyczajowo nastąpiła część „bisowa”. Ludziska śpiewali znów „Sto lat”, Grzegorz Markowski kolejny raz dziękował, a to znów wznosił toast, popijając rzekomo coś mocniejszego. Szkoda, że i my nie mogliśmy wznieść kieliszków, jak na tradycyjne polskie urodziny przystało, ale o czym tu marzyć, skoro pani z ochrony przy wejściu nawet mineralną wodę wydzierała ludziom zza pazuch? Jednak przecież nie o promile we krwi w tej zabawie chodziło. Chodziło o spotkanie muzyków z fanami, o uczczenie ich 30-letniej pracy artystycznej, o podziwianie wiecznie młodego Grzegorza Markowskiego, za jego pasję, charyzmę, autentyczność i wierność swojej Muzie. 

Cóż mogę życzyć zespołowi, fanom i sobie? Abyśmy spotkali się w Spodku z okazji 40. urodzin Perfectu, w tym samym składzie, po to, by zaśpiewać wielopokoleniowym chórem nieśmiertelne „Miałem dziesięć lat...”. 

  • Trzeba było odstać w kolejce pół godziny, aby wejść do Spodka
  • Katowicki Spodek
  • Katowicki Spodek
  • Grzegorz Markowski na telebimie
  • Grzegorz Markowski na telebimie
  • Scena Spodka
  • Scena Spodka
  • Grzegorz Markowski
  • Grzegorz Markowski
  • Grzegorz Markowski
  • Grzegorz Markowski
  • Grzegorz Markowski

separ