Dzisiaj jest piątek, 09.12.22, imieniny: Delfina, Leokadii

Na sportowo

Silesia (Sahara) Marathon

Autor: Ewa Inn, data dodania: 04-05-2012 Silesia (Sahara) Marathon

Bałam się tego biegu, oj jak ja się go bałam! Upałem straszyli nas meteorolodzy już od wielu dni. Niektórzy wierzyli w zmianę pogody, ale ja czułam w kościach, że da nam ona popalić. I dała. Dosłownie. Żar z nieba, zero chmur, wiatru jak na lekarstwo.


Biegłam tylko 21 km. Nie miałam jeszcze odwagi na więcej. Przed startem nie martwiłam się o kondycję, bo już nie raz biegłam w połówce. Martwiłam się, że nie dotrwam do końca przez tę pogodę.

Ale co tam, raz kozie śmierć! Pocieszałam się, że skoro setki ludzi odważyło się biec w ten upał i dotrwają zapewne do mety, to i dla mnie musi to być wykonalne. Od rana piłam wszystko co mokre, tuż przed startem wyżłopałam jeszcze butelkę Powerade. I tylko biadoliłam bezgłośnie: jak ja przeżyje bez picia 5 km? W czasie biegu w gorące dni nic mi tak nie dokucza jak pragnienie, a gdy zazwyczaj dopadam picie na punkcie odżywczym, to piję bez opamiętania, skręcając się potem z powodu kolki.

Siemianowice (bardzo) Śląskie

Start! Poszły konie po betonie! Truchtałam spokojnie, żeby sił starczyło do samej mety. Przemierzałam znajomą trasę, którą niedawno zaliczyłam w Biegu Korfantego. Dotarliśmy do Siemianowic Śl. Przedziwna okolica. Ktoś na forum pisał, że źle wspomina ten kawałek trasy, bo dzielnica byle jaka, bo ekipa szemrana, bo jakieś wyzwiska padały z ust podchmielonych tubylców. A mnie się tam szalenie podobało. Słuchawki miałam w uszach, wiec żadne bluzgi do mnie nie dotarły, za to widziałam wszędzie uśmiechnięte twarze mieszkańców, radość dopingujących prostych, szczerych ludzi, może i z mało reprezentacyjnej okolicy, ale jakże w swojej prostocie fajnych. I te dzieciaczki, które co rusz stały na poboczu, wyciągając otwarte dłonie do przyklaśnięcia, lub zwinięte w przyjazne „żółwiki”. Nie ominęłam obojętnie żadnej grupki, nie darowałam żadnego „żółwika”, nie zabrakło mi uśmiechu dla nikogo, mimo że zmęczenie już dawało się we znaki. Kto wie, może nie jeden z tych skrzatów za dziesięć lat pobiegnie w kolejnej edycji Marathon Silesia?

Lepiej nosić niż się prosić

Wracając do picia, którego braku tak panicznie się bałam, to stwierdzić muszę, że jeszcze na żadnym biegu tak się nie opiłam. Do tej pory na punktach dostawałam 1/3 kubka napoju, w porywach ½ - piłam szybko, wyrzucałam kubek i biegłam dalej. A na S.M. niespodzianka. Nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście (panikary), gdy dali mi całą butelkę wody! Mogłam spokojnie wypić ile chcę, mogłam się schłodzić od zewnątrz i zostawić sobie na potem, dawkując łyczki, dzięki czemu nie łapała mnie kolka. I tak od kroku do kroku dobiegałam do następnego punktu, a tam woda w kubeczku w gardło, a w dłoń cała butelka Powerade. I znów co jakiś czas kilka łyków niebieskiej ulgi i naprzód, aż do kolejnego punktu. Gdyby nie to, że raczej się spieszyłam, to może bym nawet i popływała w tych napojach.

Jedynym minusem posiadania przy sobie picia była butelka, którą ciągle musiałam dzierżyć w dłoni. W kieszeń ją wsadziłam, ale za bardzo mi to przeszkadzało. Pomyślałam nawet, że może wsunę za gumkę w spodenkach z tyłu, ale szybko uznałam, że gumka za luźna, więc pewnie nie utrzyma bagażu. Nie minęło kilka minut, a biegacz przede mną, który najwyraźniej wpadł na ten sam pomysł, próbował wsunąć w swoje gatki butelkę. Biegłam za nim, obserwując czy nasz wspólny, choć nie konsultowany pomysł, powiedzie się. Cha! Nic z tego! Butelka konsekwentnie z pleców przesuwała się niżej, w miejsce, gdzie słońce nie dociera, za to temperatura mogłaby znacznie ogrzać i tak już ciepły napój w butelce. Że o komforcie biegu już nie wspomnę. No i biegliśmy dalej z butelkami w dłoniach.

Chorzów (bardzo) Stary

Tak, zaczęły się widoki zaiste industrialne. Z lewej strony jakieś wielkie zakłady, czynne, a jakże, dość nowoczesne, a jakże. Za to po prawej widok nieziemski, równie straszny co piękny – ruiny jakiejś fabryki, wielkie, z cegły czerwonej, schowane w głebokiej zieleni drzew, straszyły i jednocześnie intrygowały. Nie mogłam od tego widoku oderwać oczu, i pomyślałam nawet, że musze kiedyś tu wrócić i przyjrzeć się temu na spokojnie. Dziś czytałam krytykę wyboru trasy, gdzie powoływano się właśnie na tę część biegu. A dla mnie właśnie ten kawałek był rewelacyjny! Może jestem trochę trzaśnięta, ale nic nie poradzę, że i w brzydocie dostrzegam piękno, a w ruinach nie widzę tylko murów straszących pustymi oczodołami, ale kawałek historii. Tak, zdecydowanie wrócę tam kiedyś.

A w Parku chłodno nie od cieni drzew

I dotarłam w końcu do Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku, gdzie kultura nie zawsze obowiązuje, a wypoczynek nie jest dla wszystkich. To co mnie uderzyło (mając jeszcze w pamięci życzliwość prostych siemianowiczan), to chłodny dystans spacerowiczów Parku. Czułam się, jakbym nagle znalazła się w pobliskim zoo, bynajmniej nie jako zwiedzająca, lecz jak egzotyczne zwierze, któremu wszyscy się przyglądają bacznie i z lekką rezerwą. Taki wielkomiejski chłód ludzi, którzy choć w tłumie, to każdy schowany w swojej skorupie. Mimo ogromu mijanych twarzy, rzadko dostrzegałam uśmiech, jeszcze rzadziej aplauz, gesty wsparcia dla tych wszystkich biedaków, którzy w ten nieziemski upał popierniczali zlani siódmymi potami. Nie było też żadnej dziecięcej piąstki zwiniętej na kształt „żółwika”.

Poczułam się jak jedna z tysiąca intruzów, którzy spacerowiczom burzą rytuał świątecznego wypoczynku. Na wysokości kas zoo naszą biegową alejkę przecinała leniwym krokiem Śpiąca Królewna z wózkiem. Zatrwożony pan z obsługi machał do niej zza taśmy i krzyczał: proszę zejść, ludzie przecież biegną. A ona stanęła na środku spojrzała lekceważąco na nadbiegających ludzi, w tym i na mnie, przewróciła znamiennie oczami i zrobiła minę, która jest o wiele gorsza od rzekomego wykrzykiwania bluzgów przez pijaczków z Siemianowic. Myślę, że dla wielu gości parku, byliśmy upierdliwymi frajerami, którzy realizują swoje popieprzone hobby w niewłaściwym miejscu i o niewłaściwej porze.

Na szczęście blisko mety i na mecie byli już tylko przecudni kibice, którzy czuli nasz ból, doceniali nasz wysiłek, wspierali nas fantastycznie i zacierali niemiłe wspomnienie o braku tolerancji „parkowiczów” wobec tych, którzy ośmielają się burzyć ład na, wydawałoby się, wyłącznie ich terenie.

Nie tak całkiem ostatnia prosta

Zaliczyłam ostatni punkt odżywczy, łyknęłam trochę wody i uradowana pomyślałam, że to ostatnia prosta. Na wysokości zoo uzmysłowiłam sobie, że do poprawienia życiówki pozostało mi 5 minut! Zabrałam tyłek w troki i galopem, ze wszystich sił! Jak się rozpędziłam, tak szybko dostałam obuchem w łeb, bo to jednak nie była ostatnia prosta! Przede mną objawiła się „agrafka” – trza było odskoczyć sporo w bok, aż po betonowe foki. O nieeeee, ożeszkurdejasnacholerażebytoszlagtrafił! - tak przyjęłam tę niespodziankę. Trudno, życiówka poszła się pieprzyć, nie samymi sukcesami biegi stoją. Przed samą metą resztką sił wyprzedziłam jeszcze tylko (jako namiastka sukcesu) parę biegaczy, o którą ocierałam się na trasie od początku, potem ominęłam starszą panią, która dość niefortunnie stała na trasie - spojrzała na mój numer startowy i krzyknęła: „Ewa, dajesz, tempo!” i już była upragniona Meta.

Alleluja!

Dotarłam. Nie umarłam. I mimo tego piekielnego upału muszę stwierdzić, że diabeł nie okazał się taki straszny, jak go sobie malowałam. Tylko jedna myśl wciąż mnie martwi – czy będę miała kiedykolwiek tyle siły, odwagi i determinacji, żeby po przebiegnięciu 21 kilometrów kontynuować bieg przez następne 21?


separ