Dzisiaj jest poniedziałek, 23.05.22, imieniny: Dezyderiusza, Iwony

Coś dla duszy

Jezus Maria... ach ta Peszek!

Autor: Ewa Inn, data dodania: 27-01-2013 Jezus Maria... ach ta Peszek!

Czasami utwory z krążka, który wpadł w nasze ręce, nie od razu przypadają nam do gustu, oczarowują dopiero po jakimś czasie a my odkrywamy magię, która wcześniej była nam obca. Tak też stało się w wypadku muzyki z ostatniej płyty Marii Peszek – odkrywałam ją powoli.


Nie byłam fanką tej artystki, nie interesowała mnie jej muzyka. Ot, wiedziałam, że jest, że tworzy, że koncertuje, że jest kontrowersyjna, że ma ojca znanego, choć nie jest już jedynie „córą tego Peszke” ale „tą Marią Peszke” - pewnie dlatego, że w swojej twórczości jest wielce oryginalna i bezkompromisowa, przez co wyrobiła sobie własną markę, akceptowaną przez odbiorców muzyki lub nie, ale jednak własną.

Powrót z długiej podróży

Było o niej długo cicho, teraz jest o niej głośno – powróciła z wieloma przemyśleniami, po długiej podróży w głąb własnej duszy. O tym, co działo się w głowie Marii w ostatnim czasie, jak wiele trudnych chwil przeżyła, można dowiedzieć się z jej wypowiedzi w mediach. Można jednak nie sięgać do nich, skupiając się wyłącznie na tekstach jej najnowszej płyty o tytule wyrazistym, prowokującym, dla niektórych zachęcającym, dla innych przeciwnie.

„Jesus Maria Peszek” – niespodzianka za zakrętem

Płyta jest bardzo emocjonalna, osobista, odważna. Jest w niej protest, jest bunt, jest miłość, jest ból, jest strata, jest ekshibicjonizm, jest walka z demonami, a i rozrachunki z Bogiem się znajdą. Brzmi może ponuro, ale owe refleksje są tak wspaniale odśpiewane i ozdobione ciekawą aranżacją, że po pewnym czasie nie można oderwać się od tej muzyki.

Ta płyta nauczyła mnie, że nie powinno zamykać się na nowości muzyczne, że warto czasem sięgnąć po coś, co zawsze wydawało nam się „nie nasze” i otworzyć się na to, dać temu szansę, bez uprzedzeń, mimo naszych odmiennych preferencji muzycznych, a czasem i niepochlebnych recenzji. Często chadzamy wydeptanymi, bezpiecznymi ścieżkami w naszej muzycznej podróży, zapominając o tym, że prawdziwa przygoda zaczyna się czasem za ostrym zakrętem, za którym nieznana ścieżka prowadzi do zupełnie nowych doznań. Pozwoliłam sobie na udany, jak się okazało, eksperyment – tylko ja i nieznana mi dotąd Maria Peszek, która przekonała mnie do siebie, zaciekawiła, porwała, sprawiła, że do niej wracam, że wsłuchując się kolejny raz w jej utwory, coraz mocniej współodczuwam.

Wstrzelić się we właściwy czas

Mogłabym na koniec zachęcać na siłę do wysłuchania tej płyty, przekonywać, że warto, ale niczego nie będę narzucać. To jest taki rodzaj twórczości, którą samemu trzeba odkryć, pozwolić zarazić się nią, czasem nawet przez zaskoczenie. Czasem, żeby poczuć prawdziwie te emocje, trzeba być we właściwym momencie swojego życia, może na rozdrożu, może w wielkim dole, a może akurat na szczycie. Może trzeba dojrzeć, żeby pokochać Marię Peszek? A może upaść na głowę?


separ